środa, 30 marca 2016

Mój hit 2016 "Bliźnięta z lodu" S.K. Tremayne

Witam. 
Już po Świętach, całe szczęście! U mnie, niestety, okres przedświąteczny i świąteczny jest strasznie męczący, przez co moja głowa nie chce ze mną współpracować i jestem w stanie myśleć tylko o tym, żeby odpocząć!:) 
Mam trzy sposoby na odpoczynek psychiczny, nazywany przeze mnie "odmóżdżeniem":). Spanie, dobry film i książka i o tym ostatnim będzie dzisiejszy post.
książki czytam, chyba od zawsze. Zaczęło się od prostych i szybkich harlequinów, których nawet nie jestem w stanie zliczyć. Był to okres gimnazjum, więc chyba wszyscy zrozumieją, dlaczego wybrałam ten typ książek:). Potem trafiłam na "Sagę o Ludziach Lodu" Margit Sandemo, no i przepadłam. Polecam tą powieść wszystkim, którzy uważają, że nie lubią czytać, lub tym, którzy nie wiedzą jaka jest ich ulubiona odmiana literacka. w tej książce, zawsze znajdzie się coś dla siebie. Historia, biografia, fantasy, romans, erotyka...no po prostu wszystko. Dzięki niej, wiem, co ja lubię:)
No ale... czas przejść do sedna dzisiejszego posta!

"Bliźnięta z lodu" S.K. Tremayne, thriller psychologiczny. 


Rok po tym, jak w wypadku ginie jedna z bliźniaczek jednojajowych, Lydia, Angus i Sarah Moorcroft przeprowadzają się na maleńką szkocką wysepkę, którą Angus odziedziczył po babci. Liczą na to, że będą mogli tam podnieść się z traumy. Jednak gdy ich żyjąca córka, Kirstie, twierdzi, że pomylili jej tożsamość – i że w rzeczywistości jest Lydią – koszmar powraca. Zbliża się zima i Angus jest zmuszony opuścić wyspę, by podjąć pracę. Sarah czuje się odizolowana, a Kirstie (a może to Lydia) staje się coraz bardziej niespokojna. Gdy potężny sztorm odcina od świata Sarę i jej córeczkę, zmuszone są stawić czoła temu, co naprawdę wydarzyło się tamtego feralnego dnia.


Historia jest o rodzinie, w której rodzą się bliźniaczki jednojajowe, których, w żaden fizyczny sposób nie da się rozróżnić, bo nawet DNA jest takie samo. Jedyną różnicą, były ich charaktery, dlatego gdy dochodzi do tragedii i jedna z dziewczynek ginie, rodzice nie są pewni, która z nich tak naprawdę umarła. Małżeństwo przechodzi kryzys, matka przechodzi załamanie nerwowe. Chcąc ratować rodzinę wyprowadzają się na opuszczoną wyspę. Dopiero tam, zaczynają się problemy i nachodzą wątpliwości, czy dziewczynka, która jest z nimi jest tą właściwą...wtedy nasuwają się pytania, dlaczego ich dziecko zginęło? Przez kogo? Co do tego doprowadziło? I czy w tym domu, na pewno jest tylko jedna z bliźniaczek? 

To jedna z tych książek, która ma w sobie to coś. Nie mogłam się od niej oderwać nawet wtedy, kiedy klepałam schabowe na obiad. Pochłonęłam ją w ciągu jednego dnia.
Wywarła na mnie piorunujące wrażenie, poruszyła wszystkie emocje, które poruszone być powinny. Smutek, przerażenie, rozczarowanie, zaskoczenie, strach...a to tylko niektóre. Czytając, cały czas miałam gęsią skórkę... Mimo, że niektóre wątki są przewidywalne i schemat jest podobny do innych książek tego typu, to i tak, nie jestem w stanie powiedzieć niczego złego na jej temat. 
Czytałam ją już jakiś czas temu, a wciąż do niej wracam myślami. 
Zakończenie książki, jest tak zaskakujące, że przeczytałam je dwa razy (bo nie mogłam sobie wybaczyć, że do tego sama nie doszłam, co zdarza się naprawdę rzadko) i nie mogłam dojść do siebie. Bardzo chciałabym opisać je tutaj, ale tego nie zrobię, chociażby dlatego, że może ktoś jest akurat w trakcie jej czytania, albo kogoś tym skuszę, żeby po nią sięgnął:)

Ciekawa jestem, czy Wy lubicie takie książki i jaka jest Waszym hitem?

niedziela, 6 marca 2016

OCZYSZCZANIE POZIOM MASTER - SILIKONOWY PŁATEK DO OCZYSZCZANIA TWARZY PLUS PIANKA I ŻEL Z TOŁPY

Hej Kochane!
Od razu chce przeprosić za tak długą nieobecność. Mam problemy z laptopem. Złośliwość rzeczy martwych niestety. Jak nie był potrzebny, to działał jak ta lala, a teraz, kiedy go potrzebuje, to odmawia posłuszeństwa. Całe szczęście, że mam spoko rodzinkę , która użyczyła mi komputer na godzinkę i oto jestem i pisze do Was:)

Przechodząc do meritum. Przeglądając ostatnio YOU TUBE, pewna polska blogerka, wspomniała o silikonowym płatku do oczyszczania twarzy, a ja, mając małe problemy z cerą, myk do sklepu i już jest mój.


Jeszcze tego samego dnia wieczorem, wzięłam go w obroty. Może najpierw postaram się opisać jak wygląda. Jest w kształcie płaskiego jajka z wygodnym „grzybkiem” z tyłu, do trzymania go między palcami. Z przodu ma maleńkie wypustki do masowania i pilingowania skóry twarzy. Wiem, że dostępne są różne kolory płatków, niestety ja brałam ostatni i trafiłam na nieciekawą barwę:) No, ale nie o wygląd tutaj chodzi, prawda? Zadanie, które ma spełniać, spełnia w 100%! To na pewno będzie mój ulubieniec miesiąca, albo roku, albo życia!:) Nigdy, powtarzam nigdy, moja twarz nie była tak oczyszczona, promienna i gładka. W połączeniu z produktem myjącym jest nie do opisania. Pięknie przygotowuje skórę do nałożenia kremu. Używam jej dwa razy dziennie (nie mogę się oprzeć jej urokowi) z żelem lub pianką do mycia twarzy. Uwierzcie mi Kochane, jeśli możecie, to lećcie po nią do drogerii, to koszt ok 15 zł, a starczy na lata. Dbanie o nią jest banalnie proste. Umyć pod bieżącą wodą i osuszyć.


Tak się rozpisałam na temat płatka, więc może czas, żeby napisać, co używam jako dodatku do niej:)
Ostatnio w drogeriach pojawiła się nowość marki TOŁPA i jest to seria dermo face, sebio – normalizująca pianka do mycia twarzy (koszt od ok 25-30 zł). Bardzo się z nią polubiłam. Jej zadaniem jest głębokie oczyszczanie, odblokowanie porów, zapobieganie niedoskonałościom i regulowanie wydzielania sebum. Wiecie, że to wszystko prawda? Przynajmniej na mojej cerze. Nie podrażnia, nie zostawia filmu, nie zaburza naturalnego ph, twarz świeża i miła w dotyku, jakbym znów miała naście lat! Pianki starczy na bardzo długo, jest wydajna i naprawdę mała ilość starczy na całą buźkę. Mam do niej tylko jedną uwagę… Niby pianka, a w ogóle się nie pieni! W zasadzie jest jak żel, ale to pikuś, skoro działanie jest naprawdę fajne.
Na zmianę z pianką, używam żelu z TOŁPY, który nie chce mi się skończyć. Używam go i używam, a nic z niego nie ubywa! 
Jego zadaniem jest łagodne oczyszczanie, nawilżanie i odświeżanie.
Jest bardzo delikatnym produktem i dobrze nadaje się do oczyszczania skóry z pozostałości makijażu i codziennych zanieczyszczeń, chociaż wątpię, czy poradziłby sobie z pełnym makijażem, raczej nie polecam takich eksperymentów. No cóż, nie można mieć wszystkiego. W zasadzie nie wiem, jak go ocenić… Jest jakiś taki zwyczajny. Nie zachwycił mnie. Wolę jednak piankę!



Bardzo jestem ciekawa jak Wy oczyszczacie swoją twarz i czy używacie zawsze tych samych produktów, czy lubicie eksperymentować?

wtorek, 1 marca 2016

mleczko do ciała LAIT CORPS FRAICHEUR - LANCOME

Hej
Ostatnio sporo się dzieje i mam mało czasu dla siebie i dla Was. Za to dużo myślę o produktach pielęgnacyjnych, mimo, że moim konikiem są kosmetyki kolorowe! To skutek nałogowego czytania blogów poświęconych pielęgnacji ciała. Moja szafka w łazience zmieniła się nie do poznania! Co ciekawe, o produkcie, który jest tematem dzisiejszego posta, można znaleźć znikomą ilość informacji, a szkoda, bo jest naprawdę ciekawy, mimo że jego skład pozostawia wiele do życzenia.

Moja skóra, zwłaszcza na nogach, jest okropnie przesuszona i uwierzcie mi, próbowałam wielu produktów,  niestety z marnym skutkiem. Większość jeszcze bardziej ją przesuszała.
W końcu znalazłam jeden, jedyny, jedniuteńki balsam który zrobił moim nogom dobrze i był to balsam drogeryjny z Neutrogeny. Do dzisiaj jest moim bohaterem numer jeden:). Był moim jedynym, aż do świąt. Tak… Pod choinkę dostałam mleczko do ciała z LANCOME od mojego M. powiem szczerzę, że nie byłam zachwycona tym prezentem, bo nie dość, że drogie to cholerstwo (ok 130 zł za 350 ml), to pewnie i tak mi nie pomoże, więc będzie stał na łazienkowej półce, ładnie wyglądał i się kurzył. Nie chcąc zrobić przykrości mojemu kochanemu Mikołajowi, nałożyłam go na siebie dnia następnego.


Zapach produktu jest śliczny, bardzo różany, mimo, że nie jestem zwolenniczką takich zapachów, wole zapachy cytrusowe, to ten po prostu mnie urzekł! Sama siebie chciałam zjeść, cała łazienka nim pachniała i nie miałam ochoty z niej wychodzić. Fajne jest to, że jest bardzo wydajny i starczy na 2-3 miesiące, jak na balsam to chyba baaardzo długo. Ma przyjemną, kremową i jedwabistą konsystencje, miło było go na siebie nałożyć i poczuć się ekskluzywnie chociaż przez kilka godzin, ale co z tego jak i tak mi nie pomoże (pomyślałam). Następnego ranka, byłam tak zdziwiona, że dotykałam moich nóg dobre 15 minut i nie mogłam uwierzyć! Tak, tak, tak! Skóra gładziutka, nawilżona i do tego pięknie pachniała! Efekt utrzymywał się dwa dni… znalazłam drugi produkt który będzie mnie ratował.
Jestem zachwycona działaniem tego mleczka i nie przeszkadza mi wcale, że obok ekstraktu z trzech róż i olejku palmowego stoi alkohol i parafina. 
Sama sobie go nie kupie, ale mój Mikołaj wie, że jestem nim zachwycona, więc może jeszcze zagości na mojej półce:).


Też macie takie problemy ze znalezieniem idealnego produktu?