piątek, 8 kwietnia 2016

CO LUBIĘ W MAKIJAŻU:)

Hej.
Lubiłam się malować, chyba od zawsze. Jak byłam dziewczynką, podbierałam kosmetyki mamie, potrafiłam siedzieć w łazience godzinami i malować twarz wszystkim, co było w maminej kosmetyczce. Najczęściej wyglądałam jak klaun, albo jakbym właśnie stoczyła bójkę z kolegami z podwórka:) Ahhh... piękne czasy! Pamiętam, jak raz wymalowałam usta, czarną kredką i jak bardzo mi się to podobało, bardzo chciałam pokazać się tak w zerówce, ale nie wiedzieć czemu, moja mama kategorycznie odmówiła:D
W wieku nastoletnim, oczywiście standard. Obklejony plakatami z JUST 5 pokój, czytanie BRAVO GIRL, rozmowy o chłopcach i oczywiście makijaż. Kosmetyki zbierałam z gazet, lub zamiast drożdżówki w sklepiku, odkładałam na błyszczyk, który starczał na tydzień, bo był bardzo smaczny:D. Makijaże w tym wieku, nie były ładne...były okropne! Ale za to bardzo kolorowe i wydawało mi się, że jestem już dorosła.
Czas szkoły średniej, był u mnie czasem mocnego makijażu oczu. Był tak mocny, że w zasadzie nie było widać moich oczu:D Jak teraz to sobie wspominam, to uśmiecham się pod nosem i zastanawiam się, jak możliwe było to, że wtedy znalazłam swojego obecnego męża:D. 
Teraz jestem dorosła, mam syna, męża i dom. Czuje się dużo pewniej niż kiedyś. Mój makijaż dzienny, stał się bardzo delikatny, natomiast wieczorowy mocny, ale staram się, żeby był elegancki. Nadal lubię spędzać wolny czas w łazience i eksperymentować z makijażem, nie jest on profesjonalny i nie zawsze wychodzi tak jakbym chciała, ale i tak sprawia mi to wielką przyjemność. 
Ostatnio zakochałam się w ombre. Cieniuje wszystko co się da i choruje na cieniowane buty! 
Jak mi to wychodzi? może Wy to ocenicie?:)
Przepraszam za jakość i stylizacje zdjęć, ale nie były one robione z myślą, żeby je gdzieś wystawiać, więc proszę o wybaczenie:)






Napiszcie mi proszę, czy Wy też lubicie taki efekt:)
Buziaki:*

środa, 30 marca 2016

Mój hit 2016 "Bliźnięta z lodu" S.K. Tremayne

Witam. 
Już po Świętach, całe szczęście! U mnie, niestety, okres przedświąteczny i świąteczny jest strasznie męczący, przez co moja głowa nie chce ze mną współpracować i jestem w stanie myśleć tylko o tym, żeby odpocząć!:) 
Mam trzy sposoby na odpoczynek psychiczny, nazywany przeze mnie "odmóżdżeniem":). Spanie, dobry film i książka i o tym ostatnim będzie dzisiejszy post.
książki czytam, chyba od zawsze. Zaczęło się od prostych i szybkich harlequinów, których nawet nie jestem w stanie zliczyć. Był to okres gimnazjum, więc chyba wszyscy zrozumieją, dlaczego wybrałam ten typ książek:). Potem trafiłam na "Sagę o Ludziach Lodu" Margit Sandemo, no i przepadłam. Polecam tą powieść wszystkim, którzy uważają, że nie lubią czytać, lub tym, którzy nie wiedzą jaka jest ich ulubiona odmiana literacka. w tej książce, zawsze znajdzie się coś dla siebie. Historia, biografia, fantasy, romans, erotyka...no po prostu wszystko. Dzięki niej, wiem, co ja lubię:)
No ale... czas przejść do sedna dzisiejszego posta!

"Bliźnięta z lodu" S.K. Tremayne, thriller psychologiczny. 


Rok po tym, jak w wypadku ginie jedna z bliźniaczek jednojajowych, Lydia, Angus i Sarah Moorcroft przeprowadzają się na maleńką szkocką wysepkę, którą Angus odziedziczył po babci. Liczą na to, że będą mogli tam podnieść się z traumy. Jednak gdy ich żyjąca córka, Kirstie, twierdzi, że pomylili jej tożsamość – i że w rzeczywistości jest Lydią – koszmar powraca. Zbliża się zima i Angus jest zmuszony opuścić wyspę, by podjąć pracę. Sarah czuje się odizolowana, a Kirstie (a może to Lydia) staje się coraz bardziej niespokojna. Gdy potężny sztorm odcina od świata Sarę i jej córeczkę, zmuszone są stawić czoła temu, co naprawdę wydarzyło się tamtego feralnego dnia.


Historia jest o rodzinie, w której rodzą się bliźniaczki jednojajowe, których, w żaden fizyczny sposób nie da się rozróżnić, bo nawet DNA jest takie samo. Jedyną różnicą, były ich charaktery, dlatego gdy dochodzi do tragedii i jedna z dziewczynek ginie, rodzice nie są pewni, która z nich tak naprawdę umarła. Małżeństwo przechodzi kryzys, matka przechodzi załamanie nerwowe. Chcąc ratować rodzinę wyprowadzają się na opuszczoną wyspę. Dopiero tam, zaczynają się problemy i nachodzą wątpliwości, czy dziewczynka, która jest z nimi jest tą właściwą...wtedy nasuwają się pytania, dlaczego ich dziecko zginęło? Przez kogo? Co do tego doprowadziło? I czy w tym domu, na pewno jest tylko jedna z bliźniaczek? 

To jedna z tych książek, która ma w sobie to coś. Nie mogłam się od niej oderwać nawet wtedy, kiedy klepałam schabowe na obiad. Pochłonęłam ją w ciągu jednego dnia.
Wywarła na mnie piorunujące wrażenie, poruszyła wszystkie emocje, które poruszone być powinny. Smutek, przerażenie, rozczarowanie, zaskoczenie, strach...a to tylko niektóre. Czytając, cały czas miałam gęsią skórkę... Mimo, że niektóre wątki są przewidywalne i schemat jest podobny do innych książek tego typu, to i tak, nie jestem w stanie powiedzieć niczego złego na jej temat. 
Czytałam ją już jakiś czas temu, a wciąż do niej wracam myślami. 
Zakończenie książki, jest tak zaskakujące, że przeczytałam je dwa razy (bo nie mogłam sobie wybaczyć, że do tego sama nie doszłam, co zdarza się naprawdę rzadko) i nie mogłam dojść do siebie. Bardzo chciałabym opisać je tutaj, ale tego nie zrobię, chociażby dlatego, że może ktoś jest akurat w trakcie jej czytania, albo kogoś tym skuszę, żeby po nią sięgnął:)

Ciekawa jestem, czy Wy lubicie takie książki i jaka jest Waszym hitem?

niedziela, 6 marca 2016

OCZYSZCZANIE POZIOM MASTER - SILIKONOWY PŁATEK DO OCZYSZCZANIA TWARZY PLUS PIANKA I ŻEL Z TOŁPY

Hej Kochane!
Od razu chce przeprosić za tak długą nieobecność. Mam problemy z laptopem. Złośliwość rzeczy martwych niestety. Jak nie był potrzebny, to działał jak ta lala, a teraz, kiedy go potrzebuje, to odmawia posłuszeństwa. Całe szczęście, że mam spoko rodzinkę , która użyczyła mi komputer na godzinkę i oto jestem i pisze do Was:)

Przechodząc do meritum. Przeglądając ostatnio YOU TUBE, pewna polska blogerka, wspomniała o silikonowym płatku do oczyszczania twarzy, a ja, mając małe problemy z cerą, myk do sklepu i już jest mój.


Jeszcze tego samego dnia wieczorem, wzięłam go w obroty. Może najpierw postaram się opisać jak wygląda. Jest w kształcie płaskiego jajka z wygodnym „grzybkiem” z tyłu, do trzymania go między palcami. Z przodu ma maleńkie wypustki do masowania i pilingowania skóry twarzy. Wiem, że dostępne są różne kolory płatków, niestety ja brałam ostatni i trafiłam na nieciekawą barwę:) No, ale nie o wygląd tutaj chodzi, prawda? Zadanie, które ma spełniać, spełnia w 100%! To na pewno będzie mój ulubieniec miesiąca, albo roku, albo życia!:) Nigdy, powtarzam nigdy, moja twarz nie była tak oczyszczona, promienna i gładka. W połączeniu z produktem myjącym jest nie do opisania. Pięknie przygotowuje skórę do nałożenia kremu. Używam jej dwa razy dziennie (nie mogę się oprzeć jej urokowi) z żelem lub pianką do mycia twarzy. Uwierzcie mi Kochane, jeśli możecie, to lećcie po nią do drogerii, to koszt ok 15 zł, a starczy na lata. Dbanie o nią jest banalnie proste. Umyć pod bieżącą wodą i osuszyć.


Tak się rozpisałam na temat płatka, więc może czas, żeby napisać, co używam jako dodatku do niej:)
Ostatnio w drogeriach pojawiła się nowość marki TOŁPA i jest to seria dermo face, sebio – normalizująca pianka do mycia twarzy (koszt od ok 25-30 zł). Bardzo się z nią polubiłam. Jej zadaniem jest głębokie oczyszczanie, odblokowanie porów, zapobieganie niedoskonałościom i regulowanie wydzielania sebum. Wiecie, że to wszystko prawda? Przynajmniej na mojej cerze. Nie podrażnia, nie zostawia filmu, nie zaburza naturalnego ph, twarz świeża i miła w dotyku, jakbym znów miała naście lat! Pianki starczy na bardzo długo, jest wydajna i naprawdę mała ilość starczy na całą buźkę. Mam do niej tylko jedną uwagę… Niby pianka, a w ogóle się nie pieni! W zasadzie jest jak żel, ale to pikuś, skoro działanie jest naprawdę fajne.
Na zmianę z pianką, używam żelu z TOŁPY, który nie chce mi się skończyć. Używam go i używam, a nic z niego nie ubywa! 
Jego zadaniem jest łagodne oczyszczanie, nawilżanie i odświeżanie.
Jest bardzo delikatnym produktem i dobrze nadaje się do oczyszczania skóry z pozostałości makijażu i codziennych zanieczyszczeń, chociaż wątpię, czy poradziłby sobie z pełnym makijażem, raczej nie polecam takich eksperymentów. No cóż, nie można mieć wszystkiego. W zasadzie nie wiem, jak go ocenić… Jest jakiś taki zwyczajny. Nie zachwycił mnie. Wolę jednak piankę!



Bardzo jestem ciekawa jak Wy oczyszczacie swoją twarz i czy używacie zawsze tych samych produktów, czy lubicie eksperymentować?

wtorek, 1 marca 2016

mleczko do ciała LAIT CORPS FRAICHEUR - LANCOME

Hej
Ostatnio sporo się dzieje i mam mało czasu dla siebie i dla Was. Za to dużo myślę o produktach pielęgnacyjnych, mimo, że moim konikiem są kosmetyki kolorowe! To skutek nałogowego czytania blogów poświęconych pielęgnacji ciała. Moja szafka w łazience zmieniła się nie do poznania! Co ciekawe, o produkcie, który jest tematem dzisiejszego posta, można znaleźć znikomą ilość informacji, a szkoda, bo jest naprawdę ciekawy, mimo że jego skład pozostawia wiele do życzenia.

Moja skóra, zwłaszcza na nogach, jest okropnie przesuszona i uwierzcie mi, próbowałam wielu produktów,  niestety z marnym skutkiem. Większość jeszcze bardziej ją przesuszała.
W końcu znalazłam jeden, jedyny, jedniuteńki balsam który zrobił moim nogom dobrze i był to balsam drogeryjny z Neutrogeny. Do dzisiaj jest moim bohaterem numer jeden:). Był moim jedynym, aż do świąt. Tak… Pod choinkę dostałam mleczko do ciała z LANCOME od mojego M. powiem szczerzę, że nie byłam zachwycona tym prezentem, bo nie dość, że drogie to cholerstwo (ok 130 zł za 350 ml), to pewnie i tak mi nie pomoże, więc będzie stał na łazienkowej półce, ładnie wyglądał i się kurzył. Nie chcąc zrobić przykrości mojemu kochanemu Mikołajowi, nałożyłam go na siebie dnia następnego.


Zapach produktu jest śliczny, bardzo różany, mimo, że nie jestem zwolenniczką takich zapachów, wole zapachy cytrusowe, to ten po prostu mnie urzekł! Sama siebie chciałam zjeść, cała łazienka nim pachniała i nie miałam ochoty z niej wychodzić. Fajne jest to, że jest bardzo wydajny i starczy na 2-3 miesiące, jak na balsam to chyba baaardzo długo. Ma przyjemną, kremową i jedwabistą konsystencje, miło było go na siebie nałożyć i poczuć się ekskluzywnie chociaż przez kilka godzin, ale co z tego jak i tak mi nie pomoże (pomyślałam). Następnego ranka, byłam tak zdziwiona, że dotykałam moich nóg dobre 15 minut i nie mogłam uwierzyć! Tak, tak, tak! Skóra gładziutka, nawilżona i do tego pięknie pachniała! Efekt utrzymywał się dwa dni… znalazłam drugi produkt który będzie mnie ratował.
Jestem zachwycona działaniem tego mleczka i nie przeszkadza mi wcale, że obok ekstraktu z trzech róż i olejku palmowego stoi alkohol i parafina. 
Sama sobie go nie kupie, ale mój Mikołaj wie, że jestem nim zachwycona, więc może jeszcze zagości na mojej półce:).


Też macie takie problemy ze znalezieniem idealnego produktu?

środa, 24 lutego 2016

Magic effects matte top coat magic effects matte – AVON

Witam, dzisiaj chciałabym zapoznać Was z matującym i matowym lakierem do paznokci z AVONU. Ostatnio modne jest wszystko co matowe, więc moim zwyczajem, żeby wyszło oszczędniej i nie wydawać pieniędzy na milion matowych lakierów, kupiłam z AVONU lakier, który ma za zadanie zmatowić wszystkie rodzaje lakierów i lakier już matowy. Oba z tej samej serii, ot tak, dla porównania.


MATTE TOP COAT jest dość rzadki, co sprawia że wspaniale się go rozprowadza i nie zostawia smug. Ma w sobie drobinki brokatu, coś na kształt efektu syrenki, ale na paznokciach praktycznie niewidoczny. Zgadzam się z tym, że każdy lakier zostaje przez niego zmatowiony, szkoda tylko, że efekt utrzymuje się dwa dni, potem się ściera. Dobrze chociaż, że ściera się sam matujący lakier a nie cały kolor, więc wystarczy przejechać nim jeszcze raz i paznokcie znowu stają się matowe. Ma jeszcze jeden minus, jak dla mnie, to za długo schnie, chociaż dla mnie większość lakierów schnie za długo:) jeśli miałabym go oceniać w skali od 1-10 to dałabym mu 7. Myślę, że za ok 12 złotych warto go kupić. Zawsze lepszy taki wydatek, niż wydać krocie na kupowanie miliona matowych lakierów w różnych odcieniach.



Tak jak byłam w miarę zadowolona z matującego lakieru, tak matowym lakierem w kolorze czarnym jestem rozczarowana. Pierwszy jego minus jest taki, że schnie (w zasadzie gęstnieje) tak szybko, że trzeba w ekspresowym tempie nakładać go na płytkę, inaczej zbiera się na paznokciu, co daje nieestetyczny wygląd. Druga sprawa jest taka, że jest po prostu lakierem JEDNODNIOWYM! Jego trwałość jest tragiczna. Drugiego dnia produkt, po prostu jest starty z płytki. Jakbym miała pomalowane paznokcie czarnym korektorem (w podstawówce tak się robiło za moich czasów, tylko używało się białego korektora:)).  Chcecie kolejnego minusa? A proszę bardzo! Lakier strasznie zabarwia paznokcie, przynajmniej moje. Przydałaby się jakaś zaleta, prawda? No i jedną znalazłam! Kolor ma ładne, satynowe wykończenie i ślicznie wygląda po pomalowaniu (niestety nie widać tego na zdjęciach).
Rezultat? Coś czuje, że jakaś osoba, która mi podpadnie, dostanie go w prezencie :D




Wnioski w tym przypadku są takie, że warto kupić jeden lakier do wszystkiego niż wiele do niczego!
A Wy lubicie matowy efekt na paznokciach?

Przepraszam wszystkich za jakość zdjęć, dopiero się uczę:)

sobota, 20 lutego 2016

Coś szybkiego - pierś z kurczaka


W tym poście chciałam Wam napisać o tym, co fajnego upolowałam w secont hand, ale przeglądając blogi modowe stwierdziłam, że ubieram się jednak zbyt normalnie, figura też nie taka i nie posiadam prywatnego fotografa, więc napisze o czymś, co poprawia humor, jeśli lubicie jeść:)
Lubię gotować szybko i bez zbędnego używania wielu naczyń, a jeśli do tego jest tanio to już w ogóle super! Mam dla Was pierś z kurczaka w jogurcie.


Składniki:
1 pierś
1 mały jogurt
Szczypta soli i pieprzu
Czosnek (najlepiej świeży, niestety u mnie się skończył i użyłam tego w proszku:))
Zioła prowansalskie (wiem, że na słoiczku jest etykietka z bazylią, ale to po prostu pomyłka)
Płatki kukurydziane




Przygotowanie:
Pierś pokroić w plastry. Jogurt wlać do miski i dodać wszystkie przyprawy, wymieszać. Mięso włożyć do tej marynaty i odstawić do lodówki na noc. Przed samym wstawieniem do piekarnika (ok 160 stopni / 35 min) obtoczyć kurczaka w pokruszonych płatkach.


 Ta dam! Gotowe.

Smacznego:)
Jeśli macie jakieś proste przepisy, to podzielcie się z nimi w komentarzach:)

czwartek, 18 lutego 2016

Coś dla ciała, czyli maski Lomi Lomi.

Hej:)
Biorąc pod uwagę, że staram się być ekonomiczna, zrezygnowałam z częstych wizyt u kosmetyczki i postanowiłam sama zadbać o moje ciało. Znalazłam ostatnio w hebe maseczki lomi lomi z serii na każdy dzień tygodnia. Miały piękne opakowania i wiele obiecywały, więc pomyślałam, że warto spróbować. Kupiłam dwie, których moim zdaniem, najbardziej potrzebowała moja cera.


Maseczki są koreańskiej firmy AG SKIN LAB, a jak wiadomo Azjatki potrafią zadbać o swoją skórę.

Zainteresowałam się maską nawilżającą z wyciągiem z aloesu oraz maską ujędrniającą  z wyciągiem z ogórka. Wszystkie są typu scheet mask, więc są łatwe w zastosowaniu, ale są nasączone tak bardzo, że mogłabym spokojnie obdzielić całą moją rodzie.
Zapach jest naprawdę przyjemny, bardzo świeży i kojarzy mi się, ze zdrowym, zielonym koktajlem. Nałożone na skórę przyjemnie chłodzą i faktycznie czułam, że odpoczywam. Takie moje małe spa. Jak już pisałam, ilość samej maseczki na tkaninie jest ogromna i po zdjęciu bardzo długo się wchłania, wklepywałam ją dobre dziesięć minut, a jeszcze godzinę po zdjęciu jej z twarzy, nadal ją tam czułam. Bardzo spodobało mi się to, że cera faktycznie wyglądała na spokojniejszą i wypoczętą. Następnego dnia, skóra wyglądała na sprężystą, ale nadal bardzo się świeciłam, mimo przemycia twarzy płynem micelarnym i zaaplikowania podkładu matującego:)
Natomiast wieczorem zupełnie inna bajka. Na twarzy nic mi się wyskoczyło więc, nie zablokowały porów, skóra nawilżona i sprężysta. Zobaczymy jak długo ten efekt się utrzyma, bo nie uśmiecha mi się robić jej codziennie.
Skład jest za to bardzo długi i nie wszystkie składniki są takie jakie bym chciała. Fajne jest to, że na opakowaniu jest ładnie napisane kto i kiedy nie może jej używać. Moja skóra na szczęście nie jest wrażliwa i mogę pozwolić sobie na takie eksperymenty.




Jedno jest pewne... Na pewno wypróbuję resztę z tej serii:)
Może ktoś z Was ma jakieś doświadczenia z tym kosmetykiem?